wtorek, 15 lutego 2011

Wyślij mi pocztówkę


Poznajcie Aleksandrę, lat 22. Właśnie wróciła z pracy, zmęczona, myślami sięgająca co najwyżej obiadu i relaksacyjnej kąpieli. Na półpiętrze klatki schodowej sprawdza skrzynkę pocztową. Reklamy, rachunki od operatora komórkowego, reklamy. I coś jeszcze. Grymas zmęczenia na twarzy zastępuje szeroki uśmiech. Cztery pocztówki – ze Stanów Zjednoczonych, Austrii, Hiszpanii i Islandii. Aleksandra nie zna nadawców, nigdy ich nie spotkała, a miejscowości, z której została wysłana kartka islandzka – Sauðárkrókur – nie jest w stanie nawet wymówić na głos. Spodziewała się pocztówek, choć nie wiedziała, skąd miały przyjść – i nie było to istotne. Miejsce nadania to element zaskoczenia.  Teraz ona powinna wysłać widokówki-niespodzianki do kogoś z dalekich krajów. Bo o to chodzi w postrossingu – nietypowym hobby, którym zaraziło się tysiące internautów na całym świecie – żeby zwykła skrzynka pocztowa zamieniła się w pudełko-niespodziankę.

Wszystko zaczęło się w marcu 2005 roku. Portugalczyk  Paulo Magalhães – student, pasjonat, podróżnik – uwielbiał dostawać listy i pocztówki od swoich znajomych z internetu. Wpadł na pomysł zautomatyzowania procesu otrzymywania kartek z innych krajów na zasadzie quid quo pro w ciemno – ja wysyłam komuś, potem ktoś inny mi. W ten sposób powstała witryna postcrossing.com – hobbystyczny projekt młodego pasjonata, który ze zdumieniem obserwował błyskawiczne zainteresowanie stroną. Licznik z każdym dniem nabijał nowych użytkowników. Strona stała się centralną mekką kolekcjonerów pocztówek z całego świata – w ciemno wysyłających sobie wzajemnie widokówki.

Postcrossing to następny popularny ruch crossingowy, polegający na wymianie przysług. Eksplozję jego popularności można było łatwo przewidzieć, jeżeli znało się jego bliźniacze ruchy – bookcrossing (wymiana książek) oraz couchsurfing (nocleg za nocleg) – utrzymujący się na zaufaniu i przyjacielskim podejściu do ludzi. Modę na postrocssing, najmłodszy z nich, można było przewidzieć, jeżeli znało się statystyki jego starszych braci. Na postcrossing.com już po trzech latach działalności zarejestrowano milion wysłanych kartek, rok później – kolejny milion. Obecnie oficjalna liczba przesłanych pocztówek to ponad pięć milionów (stan na sierpień, 2010).

Postcrossingiem zainteresowali się różni użytkownicy – od kolekcjonerów posiadających w swoich zbiorach kilogramy pocztówek z ponad setek państw po mniej zaangażowanych użytkowników internetu, którzy dla urozmaicenia nudnej poczty składającej się na rachunki i reklamy postanowili od czasu do czasu otrzymać ciepłe pozdrowienia z Meksyku lub Chin. Bo na takich fundamentach utrzymuje się ten ruch – na przyjacielskim podejściu do każdego człowieka, nawet tego, którego nigdy nie widziało się na oczy. Użytkownicy pierwszego forum polskiego postcrossingu (postcrossing.com.pl) postarali się zawrzeć w kilku punktach Etykietę Postcrossera. Jest w nich mowa o zachowaniu kultury dla religii, poglądów politycznych, ras, regularnym wysyłaniu pocztówek i trzymaniu się próśb innych użytkowników, jakie pocztówki chcieliby otrzymywać. Zasada wysyłania pocztówek jest równie elastyczna, jak przysłowiowa kanapa dla couchsurferów – oprócz lub zamiast pocztówki użytkownicy często proszą o dodatkową atrakcję dołączoną do wysyłki, jak katalog reklamowy, torebka herbaty, ulotka restauracji, książka. Słowem – wszystko, co składa się na pamiątkę z odległego zakątka świata. Plus, oczywiście, kilka ciepłych słów od nadawcy.

Uwaga, to naprawdę wciąga – ostrzegają użytkownicy postcrossing-poland.com. Dowodem tego są bogate historie wymiany pocztówek względnie świeżych użytkowników, którzy zaraz po przystąpieniu do społeczności rozpoczęli działalność poza ramami portalu – publikują je na własnych blogach, wstawiając ciekawostki na temat danego kraju i nadawcy, opisują swoje historie, zachęcają innych, a kolejne grupy postcrosserów powstają na portalach społecznościowych. Dołączają do nich ludzie różni wiekiem i klasą społeczną – ludzie młodzi, starzy, dzieci i młodzież, wysoko postawieni menadżerowie przedsiębiorstw, robotnicy, sześcioletnie przedszkolaki z Finlandii i osiemdziesięcioletni emeryci z Australii, notoryczni podróżnicy, którzy nie dali się złapać we wnyki codziennej monotonii oraz ci, których podróże odbywają się na odcinku praca-dom i chcą utrzymać kontakt z innym światem, chociażby za pośrednictwem Poczty Polskiej. Niektórzy z nich po niedługim czasie rezygnują ze statycznego trybu życia, zaczynają podróżować na małe, przynajmniej na początku, dystanse.

Wróćmy do Aleksandry. Przegląda widokówki, czyta je kilkakrotnie, szeroko się przy tym uśmiechając. Odręczne, obcojęzyczne pismo bardzo jej się podoba. Zastanawia się, w jakich okolicznościach nadawcy wypełniali te kartki, kim są, gdzie mieszkają, jak wygląda ich życie. Chciałaby ich poznać. Może kiedyś. Tymczasem siada do do komputera, spisuje wylosowanych na postcrossing.com użytkowników i ich prośby dotyczące adnotacji na kartkach. Joana Lami z Hiszpanii prosi o ładne lokalizacje polskich miast i ciekawostki na ich temat, ponieważ zamierza się wybrać pociągiem dookoła Europy, Tina z Ukrainy chciałaby widokówki ze zwierzętami, a Alexa z Kanady – czarno-białe, romantyczne zdjęcia. Drobne prośby wylosowanych postcrosserów. Jutro, wracając z pracy, Aleksandra spełni je wszystkie.

piątek, 21 stycznia 2011

Lata '90 wracają!

Właśnie postawiłem ostatnią kropkę głównej części większego projektu, nad którym pracowałem - ogarnięcie całej dekady złotych lat '90. Be proud. Jej fragmenty, które pewnie i tak już znacie, znajdziecie tutaj. Później pozostanie mi - i przede wszystkim WAM - trzymanie kciuków za jej wydanie.



wtorek, 18 stycznia 2011

Wywoływanie duchów mistrza grozy

Dlaczego Stephen King, wirtuoz współczesnego horroru, pisze akurat o horrorach? Próbuję odpowiedzieć na to pytanie pod tym oto linkiem.


A tu świetne promo jego ostatnio wydanej książki - "Pod kopułą":



piątek, 14 stycznia 2011

Zabójstwo w 'Amoku'

Autor "Amoku" podobno ukończył
kontynuację - w więzieniu.
Pisarz brutalnie morduje kochanka swojej żony. Po kilku latach bezkarności policjanci wpadają na trop, który doprowadza ich do jego debiutanckiej książki. Znajduje się w niej opis tej zbrodni. Nowy scenariusz "Nagiego Instynktu"? Nie – to "Amok" i demoniczny Krystian Bala.

"Amok", umieszczany w księgarniach na wyższych półkach, żeby nie trafił w ręce dzieciaków, to historia Chrisa, alter ego autora Krystiana Bali. Bohater, zdehumanizowany intelektualista, zalicza przypadkowo spotkane kobiety w pubach i chleje na umór niczym Bukowski w wersji glamour – ot, i cała fabuła. Prosta jak konstrukcja gwoździa, bo i nie o nią tu chodzi, co widać już po pierwszych stronach. Cały "Amok" to długa, do przesady metaforyczna spowiedź Chrisa ze swojego toksycznego światopoglądu oraz obfite w szczegóły, również schowane za metaforami, opisy scen łóżkowych (tylko dla nich wydawca zdecydował się ją wypuścić na rynek). Sama opowieść wydaje się tylko pretekstem – jej elementów jest tu najmniej. W końcu nie bez kozery książka przez cały czas po jej wydaniu nie odnosiła sukcesu. Docelowy skandal, na jaki liczył Bala, nie wypalił. Nic dziwnego. Relacje z dziesiątek orgazmów i przekombinowane refleksje ciągną się jak rozgrzane toffi, usypiają i zwyczajnie nużą. Ale też na niezdrowy sposób wciągają. Dlaczego niezdrowy? Bo pewne fragmenty dotyczą jednej z najgłośniejszych spraw sądowych ostatnich lat, a między rozdziałami możemy zajrzeć w umysł jej głównego bohatera, który przez kilka lat grał na nosie wrocławskiej policji.

Rok 2000, Dariusz Janiszewski wychodzi z budynku, w którym znajduje się jego agencja reklamowa. Przepada jak kamień w wodę i to dosłownie, bo dopiero po miesiącu na jego dryfujące w Odrze ciało trafiają przypadkowi rybacy. Z braku konkretnych poszlak sprawa trafia do programu telewizyjnego "997", by po roku zostać umorzoną. Mijają trzy lata, Bala podróżuje po Europie i Azji, a w magazynie wrocławskiego posterunku akta sprawy przygniata coraz grubsza warstwa kurzu. Tymczasem jeden z policjantów przeglądając witryny Allegro przypadkowo trafia na Nokię 3210, która należała do ofiary. Wystawił ją użytkownik Chris_B (7). Krystian Bala. Kilka kliknięć dalej okazuje się, że jest on autorem medialnie niewydarzonej książki. I się zaczęło.

Śledztwo rusza z kopyta. Telefon – jeden z głównych tropów – doprowadza automatycznie do "Amoku", który okazuje się jednym wielkim portretem psychologicznym Bali. Ponadprzeciętnie inteligentny, cwany, spokojny, opanowany, apodyktyczny – takiego bohatera książki poznają policjanci z dochodzeniówki i to z nim będą musieli niedługo zmierzyć się face to face. Bala, nieświadomy tego, że został namierzony, odwiedza co jakiś czas stronę internetową wrocławskiej policji i programu "997", by sprawdzić, jak przebiega śledztwo. Robi to z kraju, w którym aktualnie przebywa, co odnotowuje skrupulatnie zespół zajmujący się jego osobą, studiujący też fragmenty "Amoku". Na jaw wychodzi ponadto historia chorobliwej zazdrości Bali o swoją żonę, z którą Janiszewski spotykał się od jakiegoś czasu. Materiał dowodowy zmienia się w logiczny i spójny ciąg, kończący się na autorze "Amoku". Kiedy ten wraca do Polski, zostaje zatrzymany. Zaczyna się druga runda.

Demoniczny Bala we własnej osobie.
Po wielogodzinnych przesłuchań policjanci są pod wrażeniem inteligencji Krystiana Bali. Próbuje mącić im w głowach, jest opanowany, udziela wymijających odpowiedzi, stara się manipulować testem na wariografie. W tym wszystkim jednak nie udaje mu się odeprzeć zarzutów. Tylko raz przyznaje się do winy, złamany i zmęczony psychicznym naciskiem. Gdy dostaje uproszoną szklankę wody oraz protokół z przyznaniem się do winy, nie podpisuje go. Od tej pory konsekwentnie zaprzecza, że miał jakikolwiek związek ze sprawą, tak w pokoju przesłuchań, jak i na sali sądowej. Wyrok: 25 lat za kratkami, z możliwością ubiegania się o zwolnienie po 20. Media śledzą każdy krok procesu, niemal stawiając pomnik jego osobie, co piętnuje rodzina ofiary. Po apelacji, licznych odwołaniach i wniosku o kasację Bala za każdym razem zostaje z powrotem odsyłany do celi.

Tymczasem "Amok" zostaje wycofany z wydawniczego obiegu, a każdy, kto chce posmakować jego pornograficzno-intelektualnej degrengolady krąży między antykwariatami i aukcjami internetowymi. Nawet komputerowy PDF książki przez dłuższy czas rozdawany jest za opłatą. Dopiero później ktoś lituje się nad setkami próśb na forach i puszcza ją w darmowy obieg. Sama książka osiąga na Allegro cenę rzędu 400 złotych i jest opisywana jako niespotykany kryminał, choć z kryminałem nie ma nic wspólnego. Rozczarowanie lekturą przychodzi po pierwszych rozdziałach – obsceniczność dla samej obsceniczności, kreowanie animalistycznych popędów seksualnych na superskandal i enigmatyczne, zawiłe teorie narcystycznego Chrisa dla wielu komentujących ją czytelników jawi się tylko wyrafinowanym grafomaństwem zepsutego pseudo-intelektualisty mordercy.

Będzie film! – ogłosiły internetowe serwisy. Sprawą miał się interesować sam Roman Polański, a scenariusz już opracowywał Jeremy Brock. Asystentka Polańskiego sprawę zdementowała, przy czym zaznaczyła, iż reżyser chętnie zerknie na scenariusz.

Koniec? Niekoniecznie. Krystian Bala kiedy tylko może, odwołuje się od wyroku, ciągle zaznaczając, że jest całkowicie niewinny, a wyrok kwituje jako łajdactwo, bo tak można nazwać wmówienie rodzinie pokrzywdzonego, że miałem coś wspólnego z tą sprawą. Na jego niekorzyść przemawia wiecznie zimne spojrzenie, cyniczny uśmieszek podczas ogłaszania 25-letniego wyroku, całkowity brak nawet śladowych oznak skruchy. Co dalej z "Amokiem"? Co jakiś czas można upolować go na Allegro za cenę dziesięciokrotnie wyższą niż podczas premiery. Tymczasem, w więzieniu, Krystian Bala ukończył drugą część historii Chrisa zapowiadając ją jako jeszcze większy skandal.

Obciążające cytaty z "Amoku":
"Wyciągnąłem spod łóżka nóż i sznur, jak wyciąga się obrazkową historyjkę dla dzieci, by uśpić je bredniami o tym, co za lasem i za górami. Zacząłem rozwijać fabułę sznura i dla uczynienia jej bardziej interesującą wiązałem pętlę."

"Zacisnąłem z całej siły pętlę. Przytrzymując wierzgającą Mary jedną ręką, drugą wbiłem jej nóż powyżej lewej piersi (…). Za siedmioma lasami, za siedmioma górami porzucam sznur odcięty od szyi Mary. Japoński nóż sprzedaję na internetowej aukcji."

"I co ja teraz zrobię? Jak mam wyprosić cię z mojego domu? Porąbać cię i schować w pustej zamrażarce? Nie, to zdarzyło się w Tokio. Wynosić na raty, fragmentami dokarmiać bezdomne psy, spalić, wrzucić do rzeki, zakopać, zjeść…?"

czwartek, 13 stycznia 2011

Droga Mleczna z perspektywy trzeciej planety od słońca


Trochę cierpliwości, miejscówka daleko poza miastem i kamerka - tyle wystarczy, by zobaczyć jacy mali jesteśmy wobec Drogi Mlecznej.

niedziela, 9 stycznia 2011

Ze śmiercią im do twarzy

Michał Chmielewski: Okej, zacznę górnolotnie. “Six Feet Under” to serial o nas wszystkich.
Kacper Fejk: No nie wiem. Nie każdy wychował się w domu pogrzebowym, z jednym bratem gejem, drugim lekkoduchem, z matką typu control-freak, wściekłą na wszystko siostrą. No i bez ojca, który zginął w wypadku, jadąc firmowym karawanem. O ironio.
MCH: Poszerz perspektywę. Każdego z nas czeka wizyta w takim właśnie domu. Ciebie też. I czytelnika, który to czyta, także. Śmierć jest tematem przewodnim “SFU”, jego bohaterowie są z nią na Ty. Ze śmiercią im do twarzy. Jak nam wszystkim, prędzej czy później.
KF: Czyli co – “SFU” pokazuje, jak radzić sobie ze śmiercią?
MCH: Owszem. Przyzwyczaja nas też do bolesnej prawdy – tragedia śmierci nie wychodzi poza nas, nie dotyczy osób postronnych, inni mają głęboko w poważaniu Twój ból po stracie bliskiej osoby. Niektórzy czekają na Twoją śmierć, bo muszą wyżywić z niej rodzinę.
KF: A może to po prostu środowisko, które producent, reżyser i scenarzysta Alan Ball, zwyczajnie postanowił zmontować, bo uznał, iż będzie po prostu ciekawe?
MCH: Błąd. Nie ma tu nic przypadkowego. Serial od początku do końca konsekwentnie opowiada o śmierci, radzeniu sobie z nią na smutno i wesoło. W “American Beauty” Ball postawił na amerykańskie przedmieścia, chcąc pokazać ich dwulicowość i wartościową płyciznę. Jeśli chodzi o “SFU” - gdzie indziej, jak w domu pogrzebowym, można najsprawniej rozkładać tematykę śmierci na części pierwsze?
KF: Ale życie to nie tylko śmierć.
MCH: Życie jest ciągłym śmiertelnym zagrożeniem.
KF: Jest jednak wiele innych rzeczy w życiu. Życie samo w sobie, wyciskanie go do ostatniej kropli. Dorastanie, rodzina, dzieci, dylematy, proza dnia za dniem.
MCH: Wszystkim tym wszystkim też zajmuje się całe pięć sezonów serialu. Jest to fragment życia wszystkich bohaterów, z którym każdy w jakiś sposób może się utożsamić. Każdy człowiek jest kłębkiem zmartwień, wielkich i małych radości, szczęścia i smutków dnia codziennego. “SFU” ukazuje znakomity, starannie nakreślony profil swoich zwyczajnych-niezwyczajnych bohaterów. Przy krótkodystansowym poznaniu żadna z postaci nie sprawia wrażenia, jakby łączyło ją pokrewieństwo z rodziną Adamsów, co ze względu na “Fisher & Sons Funreal House” można z góry założyć. Przy dłuższym poznaniu okazuje się, że to sympatyczni, zwyczajni – żeby nie powiedzieć przeciętni – ludzie.
KF: Nie wszyscy ludzie są przeciętni. I nie wszyscy chcą śledzić los przeciętnych bohaterów.
MCH: Czekaj, no, zmierzam do czegoś. Szczerze wierzę, że historia każdego człowieka może być ukazana w sposób wciągający jak ruchome piaski. Kwestia dobrania proporcji, montażu poszczególnych fragmentów, scen z życia. Rodzina Fisherów nie różni się zbytnio od pierwszej lepszej familii – poza skoliozą psychiczną, jaką bez wątpienia pozostawił u nich ciężar rodzinnego interesu, zmagają się z takimi samymi problemami, co każdy inny człowiek. “SFU” mówi o tak wielu aspektach życia, rozterkach, rozczarowaniu i zaskoczeniu życiem, iż można uczciwie rzec, że jest obrazem o wszystkim. Ale nie w kategorii “o wszystkim i niczym”.
KF: Przeciętny widz po obejrzeniu jednego odcinka może odnieść inne wrażenie.
MCH: Tak samo jak obserwacja dnia z życia przeciętnego obywatela. Poranek, śniadanie, praca, dom, sen. Nudy. Jednak tam, gdzie światło nie dociera, czyli w głowie, tryby cały czas pracują, nawet kiedy wydaje nam się, że nie. Ciągle o czymś myślimy, coś nam zaprząta głowę. Marzymy o czymś. I pewnego dnia, często znienacka, robimy coś, czego nikt, łącznie z nami samymi, by się po nas nie spodziewał.
KF: Czyli już nie śmierć ujmuje w “SFU”?
MCH: Śmierć jest tematem przewodnim, jednak to, co chwyta za serducho, to jest to, co najpiękniejsze w życiu – po prostu ludzie. Nie sytuacje. Owszem, są też pojedyncze sceny, które emocjami wgniatają w fotel, jednak co najbardziej zdumiewa a “SFU” - to płynna, dla niewprawionego oka niewidzialna przemiana bohaterów. Zmiana nawyków i przyzwyczajeń, które ustalały życie oraz wiążące się z tym konsekwencje pokazane zostały w sposób wyrafinowany i precyzyjny. Wszystko wygląda tu wiarygodnie, konsekwentnie i precyzyjnie jak pod tarczą Rolexa.
KF: To znaczy?
MCH: Między pierwszym a ostatnim odcinkiem widz obserwuje ciągłe zmagania bohaterów ze swoimi pragnieniami. Wewnętrzne ja kontra wewnętrzne chciałbym-być ja. Wprowadzone w ich życie zmiany przebiegają płynnie, tygodniami, od czasu do czasu podsycane nagłymi impulsami. Jak w życiu.
KF: Niektórzy ludzie potrafią zmienić się z dnia na dzień.
MCH: O tak, i tego w “SFU” nie brakuje. Przykład: Rico Diaz, lojalny pracownik “Fisher & Sons”, po odziedziczeniu sporej sumy dolców stawia pod ścianą swoich pracodawców – Nate'a i Davida: albo zrobią z niego współwłaściciela albo on odchodzi, a podtrzymująca się nosem firma upada na psyk. Nate po stracie żony traci pewność siebie i popada w przedsionek obłędu. David po napadzie i otarciu się o śmierć zamienia się w neurotycznego paranoika. Claire Fisher po usunięciu ciąży spuszcza z tonu zamroczonego alkoholem i zielskiem wszechbuntu, a Ruth po rozpadzie kolejnego i kolejnego związku z facetem, którym musi się opiekować, prać jego skarpetki i gacie, nabiera wiary w siebie, staje się samodzielną kobietą, zdolną do życia bez mężczyzny u boku. I tak dalej, i tak dalej. Przykładów można mnożyć.
KF: Coś dołujące te przykłady.
MCH: Bo serial, oś jego fabuły i poboczne wątki, są głównie bolesne. Nostalgia, smutek, żal za niezrealizowanymi snami bądź gorzki zawód zrealizowanymi marzeniami. Przez całe “SFU” przewijają się litry łez, swoją drogą bardzo wiarygodne. Świetnym posunięciem było zatrudnienie w pierwszoplanowych rolach mało znanych aktorów, twarzy nieskojarzonych z innymi produkcjami. Kreacje dzięki temu zyskały +15 do wiarygodności.
KF: Słyszałeś o tym, że płacz w środowisku aktorskim uchodzi bardziej za sztuczkę, a nie umiejętność?
MCH: Nie mylmy sztuki ze sztuczką, proszę Cię. W ogóle, już nie tylko w przygnębiających scenach, ale ogólnie aktorstwo “SFU” jest pierwszorzędne. Losowo wybrany odcinek bije na głowę niejeden głośny melodramat puszczany nie tylko multipleksach, ale i podczas tak zwanych ambitnych seansów. Każdy aktor odgrywa swoją rolę wiarygodnie, żadna postać – z wyjątkiem pedantycznego, pretensjonalnego Arthura – nie wydaje się doklejona na siłę. I została kupiona przez widzów, czego dowodem była ich długotrwała obecność, a później – powroty. Daję gwarancję, że wszyscy pierwszoplanowi aktorzy po obejrzeniu “SFU” będą postrzegani przez pryzmat tego serialu.
KF: Brzmisz jak chodząca reklama.
MCH: Może. Warto promować rzeczy dobre, lepsze, najlepsze.
KF: Media jakoś nie przeżywały specjalnie premier nowych odcinków...
MCH: Bo “SFU” nie jest efektowny. Nie ma więźnia z wytatuowanym planem ucieczki, nie ma psychopatycznego mordercy-policjanta, brak zdolności nadprzyrodzonych, pościgów, bullet-time'a. Nie ma tu wizualnej uczty, do jakiej masowy widz przywyka coraz bardziej. “SFU” wymaga koncentracji, skupienia na każdym dialogu – w szczególności, kiedy bohaterowie rozmawiają z nieboszczykami. Wtedy każde zdanie uderza w sedno ich bolączek i zmartwień, często rozwiązywanych przy pomocy zmarłych, a czasami pozostawionych do samodzielnego rozgryzienia. To uczta intelektualno-emocjonalna, nie audiowizualna (choć niektóre rozwiązania tej kategorii samoistnie wywołują oklaski). Poważne życiowe – i co ważniejsze, wiarygodne – problemy przeplatają się tu z grą pozorów, żonglerką detalami, w których tkwi cały ten Diabeł.
KF: A mimo to, mało kto o tym serialu wspomina.
MCH: Najciekawiej mówią o nim ci, co dotrwali do jego finału. Widzów to on miał, i to oddanych i empatycznych. Słyszałeś kiedyś, by stado fanów jakiegokolwiek serialu w trakcie jego emisji wysyłało petycje do producentów, by scenarzyści oszczędzali bohaterów?
KF: Czy że co – że serial był aż za dobry?
MCH: W pewnym sensie tak. Choć, dla zachowania równowagi, można mu też wytknąć słabsze momenty. Drugi zakończył się przewidywalnym cliffhangerem, który swoje zwieńczenie rozegrał na początku trzeciego sezonu – ale już w sposób fenomenalny. Jednak im głębiej w sezon trzeci, tym częściej widza dopada znużenie i irytacja przyszytymi na siłę niektórymi postaciami. Mówię głównie o żonie Nate'a. Później obserwujemy emocjonalną stabilizację bohaterów, niszczącą budowane napięcie poprzednimi odcinkami. Rodzina Fisher'ów układa w końcu jako tako tetrisa ze swoich życiowych problemów, przez co osiadają emocje, pozostawiając tylko ciekawość, jak to się wszystko potoczy. Scenarzyści jednak przyspieszają pod koniec sezonu, by na początku czwartego zaserwować bombę emocjonalną. Nie da się uronić nie łzy w trakcie grzebania żony Nate'a, jeżeli widz dotarł aż tutaj. Potem jest już tylko lepiej.
KF: A potem?
MCH: A potem, drogi Kacprze, pozostaje już Finał.
KF: Finał? Z dużego F?
MCH: Tak jest, to ciężka sprawa. Z jednej strony zakończenie „SFU” to emocjonalna masakra, uczuciowy rollercoaster bez pasów bezpieczeństwa, który osoby wrażliwe może przyprawić o głęboką depresję. Z drugiej strony dla kogoś, kto naczytawszy się o ostatnich sześciu minutach serialu, oczekuje czegoś równie lub bardziej eksplozyjnego jak to miało miejsce w „American Beauty”, może poczuć zawód. Równie oczywistego i niehollywoodzkiego zakończenia nie można było wymyślić. Trzy ostatnie odcinki to nieustanne pasmo wzruszeń, istna eksplozja motywu przewodniego, który notabene pojawia się na początku prawie każdego odcinka (jak początek choroby pacjentów w „Dr. House”). Śmierć, śmierć, raz jeszcze śmierć. Przez wszystkie sezony widz obserwuje śmierć klientów zakładu „Fisher & Sons”, a na końcu <spoiler!> śmierć ich samych, po kolei, chronologicznie </spoiler!>. Alan Ball zostawia widzów sam na sam z bohaterami, by ci pierwsi patrzyli, jak ci drudzy odchodzą, umierają, gasną, jeden po drugim. Ten ze starości, ten w trakcie napadu, ten w wyniku zawału. Nie pozostawia żadnych złudzeń – wszyscy umrzemy.
KF: Czyli że ja też?
MCH: Memento mori. Kropka.